72 minuty do końca świata

by Paweł Deluga
Symboliczna wizja końca cywilizacji po wojnie nuklearnej – zniszczone miasto i ciemne niebo

To nie jest scenariusz z filmu katastroficznego. To nie jest też political fiction. To opis realnego mechanizmu, który już istnieje i działa. Wojna nuklearna nie trwałaby latami. Nie byłaby serią bitew, negocjacji i zwrotów akcji. Byłaby krótkim, brutalnym procesem, który w ciągu około 72 minut zakończyłby historię cywilizacji w znanej nam formie.

Scenariusz oparty na analizach wojskowych, systemach wczesnego ostrzegania i procedurach decyzyjnych pokazuje, że świat jest dziś bardziej kruchy, niż chcemy to widzieć. Żyjemy w iluzji stabilności, bo od dawna nie doświadczyliśmy globalnej katastrofy. Ale mechanizmy, które mogą ją wywołać, są gotowe do działania każdego dnia.

Jak zaczyna się koniec

Wszystko zaczyna się od sygnału. Satelity wykrywają start rakiety w czasie liczonym w ułamkach sekundy. Systemy komputerowe analizują trajektorię, prędkość, kierunek. W kilka chwil pojawia się informacja: to może być atak.

Od tej chwili zegar zaczyna tykać naprawdę. Liderzy największych mocarstw mają kilka minut na podjęcie decyzji. Nie godzin, nie dni. Minut. W tym czasie muszą ocenić, czy to prawdziwy atak, czy błąd systemu, prowokacja albo fałszywy alarm. Problem polega na tym, że historia zna już przypadki, gdy świat był o włos od zagłady przez zwykłą pomyłkę, wadliwy radar albo błędną interpretację danych.

Jeśli zapadnie decyzja o odpowiedzi, rakiety startują. A wtedy nie ma już odwrotu. Pocisków balistycznych nie da się zawrócić, wyłączyć ani zneutralizować zdalnie. Lecą do celu, niezależnie od tego, czy ktoś po drodze zmieni zdanie.

Maszyna, której nie da się zatrzymać

Najbardziej przerażające nie jest to, że istnieje broń jądrowa. Najbardziej przerażające jest to, że cały system jej użycia jest zaprojektowany tak, by działał szybko, automatycznie i bez wahania. Człowiek ma w nim tylko krótką chwilę na decyzję, a potem władzę przejmują procedury.

Gdy pierwsze głowice spadną na miasta, zaczyna się reakcja łańcuchowa. Kolejne kraje odpowiadają. Sojusze uruchamiają własne mechanizmy obronne. W ciągu kilkudziesięciu minut tysiące głowic eksplodują nad największymi aglomeracjami świata.

Giną nie tylko ludzie w strefach uderzeń. Niszczeniu ulegają elektrownie, centra danych, węzły komunikacyjne, magazyny żywności, szpitale, systemy finansowe. Internet przestaje istnieć jako spójna sieć. Banki przestają działać. Transport się zatrzymuje. Państwa w praktyce przestają funkcjonować.

A to dopiero początek.

Świat po wybuchach

Po eksplozjach przychodzi to, czego nie widać na filmach akcji – promieniowanie i skażenie. Ogromne ilości pyłu i sadzy trafiają do atmosfery, blokując światło słoneczne. Temperatury spadają. Uprawy obumierają. Zaczyna się głód na skalę, jakiej ludzkość nigdy wcześniej nie znała.

Ludzie, którzy przeżyli pierwszą falę, muszą zmierzyć się z chorobami popromiennymi, brakiem wody, jedzenia, leków i jakiejkolwiek infrastruktury. W wielu miejscach nie będzie już lekarzy, policji ani administracji. Zostanie walka o przetrwanie.

To nie byłby koniec świata w jednym momencie. To byłby początek długiego, bolesnego umierania cywilizacji.

Iluzja bezpieczeństwa

Na co dzień żyjemy tak, jakby to wszystko było niemożliwe. Planujemy kariery, budujemy firmy, optymalizujemy procesy, liczymy wyniki. Wierzymy, że jutro będzie bardzo podobne do dziś. Tymczasem cały ten porządek opiera się na jednym warunku – pokoju.

Pokój traktujemy jak coś naturalnego, jak powietrze. Nie zastanawiamy się, skąd się bierze i jak łatwo można go stracić. A systemy, które mogą go zniszczyć, działają cicho w tle, gotowe do uruchomienia w każdej chwili.

To nie technologia jest największym zagrożeniem. To brak zaufania między ludźmi, państwami i systemami. To strach, który każe reagować szybciej, niż pozwala na myślenie.

Refleksje

Najbardziej boli mnie myśl, że koniec świata nie musiałby wyglądać jak apokalipsa z Biblii. Nie byłby karą boską ani tajemniczym kataklizmem. Byłby efektem ludzkich decyzji, ludzkiego strachu i ludzkiej nieumiejętności rozmowy.

Budujemy coraz doskonalsze systemy, ale nie potrafimy zbudować równie doskonałych relacji między sobą. Ufamy maszynom bardziej niż ludziom. Wolimy algorytm niż dialog. Szybkość bardziej niż rozsądek.

Kiedy patrzę na to wszystko, mam wrażenie, że żyjemy trochę jak dzieci bawiące się zapalniczką w magazynie z benzyną. Wiemy, że to niebezpieczne, ale wierzymy, że „jakoś to będzie”, bo do tej pory się udawało.

Ten temat nie daje mi spokoju, bo pokazuje, jak cienka jest granica między normalnym życiem a totalnym chaosem. Jedna decyzja, jeden błąd, jedno nieporozumienie może uruchomić proces, którego nikt już nie zatrzyma.

I wtedy wszystkie nasze spory o pieniądze, politykę, prestiż czy wpływy przestają mieć jakiekolwiek znaczenie. Zostaje tylko pytanie, czy jako ludzkość potrafimy jeszcze rozmawiać, zanim będzie za późno.

Nie boję się technologii. Boję się ludzi, którzy nie potrafią jej mądrze używać. Boję się świata, w którym szybciej naciska się przycisk, niż zadaje pytanie: „czy na pewno?”.

To również Cię zaciekawi

Komentarze