Dzielę się wiedzą i doświadczeniem. I dziś opowiem Wam historię, która brzmi jak kiepski żart, a wydarzyła się naprawdę. Historia o tym, jak legalne korzystanie z darmowych zdjęć może ściągnąć Ci na głowę e-maila z Niemiec, groźby prawników i żądanie zapłaty setek euro. Bo przecież nic tak nie kręci niektórych firm jak wmawianie ludziom winy, której nie popełnili. Poznajcie Copytrack – mistrzów współczesnej windykacji za darmowe obrazki.
Spis treści
Darmowe zdjęcie? No to zapłać, człowieku
Wchodzę na Freepik.com, jak pewnie tysiące twórców treści, blogerów, redaktorów i właścicieli stron. Szukam ilustracji, która pasuje do artykułu. Znajduję – pobieram. Widzę oznaczenie: Free License, można używać komercyjnie, trzeba podać autora. Nie trzeba logować się, nie trzeba kupować pakietu premium, pełna legalność.
Minęło kilka miesięcy, zapomniałem nawet o tym zdjęciu. Aż tu nagle – e-mail z Niemiec. Firma o nazwie Copytrack grzecznie, ale z twardym tonem pisze, że naruszyłem prawa autorskie, że klient ma prawa do tej grafiki, i że mam do wyboru: zapłać 700+ euro albo… no wiesz, może skończy się w sądzie. Z linkiem do portalu, z Case ID, z podsumowaniem, z terminem płatności jak w banku.
Tylko że ja nic nie ukradłem.

Kto tu kogo okrada?
Zdjęcie, które rzekomo narusza prawa autorskie, było na Freepiku. Nie na jakimś szemranym forum, nie na pirackiej stronie, tylko na platformie stockowej, z której korzysta cały świat. To ja jestem ofiarą, nie przestępcą. Jeśli ktoś wrzucił to zdjęcie bez zgody do Freepika, to do niego powinni mieć pretensje – nie do osoby, która pobrała je w dobrej wierze i zgodnie z licencją. To tak jakbyś kupił coś legalnie w sklepie, a po pół roku dostał pozew, bo „ten, kto to sprzedał, nie miał prawa tego sprzedawać”.
Ale nie – najłatwiej uderzyć w końcowego użytkownika. Bo przecież właściciel strony to nie zawsze prawnik, nie zawsze zna procedury, a przestraszony łatwiej zapłaci. I właśnie na tym Copytrack opiera swój „model biznesowy”.
Mechanizm naciągania, który działa
Copytrack działa sprytnie. Używa narzędzi do automatycznego skanowania stron w poszukiwaniu zdjęć. Następnie przypisuje zdjęcie do jednego ze swoich klientów (nie wiadomo, czy faktycznie ma do niego prawa) i wysyła automatyczny e-mail z gotowym roszczeniem finansowym. Żadnego kontaktu wcześniej. Żadnego „hej, czy wiesz, że ta grafika może być problematyczna?”. Od razu: zapłać, albo będzie źle.
Nie liczy się, skąd masz grafikę. Nie interesuje ich Freepik, Pixabay czy Pexels. Nie obchodzi ich, że licencja mówi jednoznacznie: możesz używać. Ich interesuje jedno: kasa. A jak nie zapłacisz? Pojawi się kolejny mail, może straszak z kancelarii, może dopiszą opłaty prawne. Wszystko po to, byś w końcu się ugiął.
Polska to nie jest kraj dla szantażystów
W Polsce takie działania – jeśli są bezpodstawne – mogą zostać uznane za próbę wyłudzenia. A kwota, o której mowa (około 740 euro), spełnia już kryteria przestępstwa ściganego z urzędu. Dlatego już teraz informuję, że rozważam złożenie zawiadomienia do prokuratury. I nie chodzi tylko o mnie. Bo jeśli ktoś myśli, że może rozsyłać po Europie maile z gotowym cennikiem strachu, to niech wie, że w Polsce trafia na twardy grunt.
Artykuł to dopiero początek
A teraz najważniejsze: zamierzam o tym pisać głośno i szeroko. Ten tekst to pierwszy krok. Pojawi się na moich blogach, portalach, być może również w mediach branżowych. Dlaczego? Bo chcę ostrzec innych. Nie dajcie się zastraszyć. Nie dajcie się oszukać. Nie jesteście winni tylko dlatego, że ktoś Wam tak napisał w mailu.
Będę drążył temat do skutku. Będę pytał Freepik, prosił o interwencję. I zrobię wszystko, by gdy ktoś w Polsce wpisze „Copytrack” w Google, pierwsze co przeczyta, to ostrzeżenie przed tą metodą działania.
Na koniec? Dla Copytracka specjalna wiadomość
Drogi Copytracku – trafiliście na zły adres. Nie wyciągnięcie ode mnie ani centa za coś, co pobrałem legalnie. I nie tylko nie zapłacę, ale zadbam o to, żeby wszyscy wiedzieli, czym się zajmujecie. Życzę powodzenia w tłumaczeniu się z tej praktyki przed opinią publiczną – w Polsce nie brakuje prawników, dziennikarzy i ludzi z jajami, którzy nie boją się stanąć w obronie uczciwych twórców.