Dlaczego gram w Lotto, choć wiem, że nie wygram (i co mi to daje)

by Paweł Deluga
Los Lotto leżący na biurku obok filiżanki kawy – symbol małych przyjemności w codziennym życiu.

Nie jestem naiwny. Wiem, jakie są szanse. Gdy kupuję los na Eurojackpota czy Lotto, nie wyobrażam sobie już, co zrobię z 520 milionami. Nie sprawdzam cen domów na Bahamach, nie przymierzam się do Lamborghini. Po prostu… gram. Bo to coś więcej niż tylko zakład. To symboliczny bilet na chwilę złudzenia – i, paradoksalnie, moment realnego oddechu od rzeczywistości.

Gra dla ludzi z wyobraźnią

Nie gram, bo wierzę, że zostanę milionerem. Gram, bo to mój sposób na „mini marzenie”. Nie kosztuje mnie to dużo – jeden los, czasem dwa, raz w tygodniu. Zamiast kolejnej kawy na mieście czy paczki czipsów. I przez jeden wieczór mam wrażenie, że może – a nuż – coś się zmieni. Może los się uśmiechnie.

Czy to głupie? Może. Ale nie bardziej niż kolejny odcinek serialu, który oglądamy, choć wiemy, że i tak się nic w nim nie wydarzy. Gra w Lotto to taki serial z jednym odcinkiem tygodniowo. Niby wiemy, że happy end jest mało prawdopodobny, ale oglądamy dalej. Bo liczy się podróż, niekoniecznie cel.

Świadome złudzenie

Lubię wiedzieć, na czym stoję. Wiem, że statystycznie mam większą szansę dostać cegłą w głowę niż trafić „szóstkę”. Ale wiesz co? To złudzenie jest w pełni kontrolowane. Nie rzucam wszystkiego, nie obstawiam systemów za 300 zł, nie czytam for o „tajemnych wzorach losowań”. Po prostu – traktuję to jako rytuał.

Tak samo jak niektórzy kupują zdrapki na stacji benzynowej. Tylko ja wolę jeden, czysty los – bez plastiku, bez przekombinowania. Najlepiej jeszcze z liczbami, które coś dla mnie znaczą. A potem – czekam. I już samo to czekanie, ta nutka „a może…” daje coś, czego nie da się kupić – emocje.

Rozrywka za grosze

To nie hazard, jeśli masz nad tym kontrolę. To nie uzależnienie, jeśli wiesz, że to rozrywka. Dla mnie Lotto jest jak puszczenie muzyki z winyla – staroświeckie, niepraktyczne, ale klimatyczne. I daje mi coś, czego aplikacje mobilne i szybkie scrollowanie newsów nie potrafią – chwilę skupienia na czymś prostym i oderwanym od codziennego zgiełku.

W świecie, gdzie wszystko ma być produktywne, szybkie i „efektywne”, gram w Lotto właśnie po to, żeby zrobić coś bez sensu. Świadomie. I z uśmiechem.

Co mi to daje?

Przede wszystkim: dystans. Do pieniędzy, do planów, do samego siebie. Bo jeśli raz na jakiś czas mogę pomyśleć: „A co by było, gdyby…?”, to lepiej to zrobić za 12,50 zł niż za połowę majątku na koncie u jakiegoś „doradcy inwestycyjnego”, który obiecuje 1000% zwrotu.

Daje mi też przypomnienie, że życie to nie tylko kalkulacje, faktury i deadline’y. Czasem trzeba po prostu… zagrać. Nawet jeśli wynik jest niemal przesądzony. Bo przecież w tym wszystkim chodzi o chwilę emocji – a nie o realną szansę na wygraną.

A Ty? Kiedy ostatnio pozwoliłeś sobie na bezsensowną przyjemność? Taką, która nic nie daje – poza uśmiechem?

To również Cię zaciekawi

Komentarze